Nasze miasto – nasz dom
1. Powrót do rodziny zastępczej
Z promocją nowej książki, „Raport Wilczura”, przybył do Głuszycy jej autor, profesor Jacek Wilczur z Warszawy. Spotkanie autorskie miało miejsce w niedzielę 14 marca b. r. w obiekcie obsługi ruchu turystycznego przy podziemiach Osówki. Salka wypełniła się po brzegi: dorośli, młodzież, członkowie stowarzyszeń zajmujących się odkrywaniem tajemnic Gór Sowich. Niezwykły gość, jeden z pierwszych odkrywców i badaczy podziemi w masywie Włodarza, dr Jacek Wilczur, rozpoczął spotkanie od wspomnień z początków swej kariery zawodowej. Działo się to właśnie tutaj, na Dolnym Śląsku, w latach sześćdziesiątych. Jako pracownik naukowy Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, zajmował się badaniem kompleksu „Riese” w Górach Sowich. Jak sam powiada, zdarł niejedne buty przemierzając podziemne korytarze tajemniczej inwestycji wojskowej III Rzeszy. To co dało się odkryć i zobaczyć przeszło najśmielsze oczekiwania. Ogrom tej nie do końca rozpoznanej, zagadkowej zbrojowni, utkwił na zawsze w jego pamięci. Jest to więź i mentalna, i emocjonalna. Profesor Wilczur określił ją dzisiaj po tylu latach, że czuje się jakby powrócił do rodziny zastępczej.
Najnowsza pozycja serii Militarne Sekrety Wydawnictwa Technol z Krakowa , „Raport Wilczura- Tropem Skarbów, Schowków i Zbrodniarzy Wojennych”, to pasjonująca książka wzięta z osobistych przeżyć i doznań jednego z najmłodszych żołnierzy Zgrupowań Partyzanckich Kedywu Armii Krajowej w okręgu „Jodła” pod dowództwem Jana Piwnika - „Ponurego” w Górach Świętokrzyskich.
Dwukrotnie ranny w walkach z Niemcami, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, dwukrotnie osadzony i skazany na karę śmierci, odbity z więzienia tuż przed egzekucją - Jacek Edward Wilczur, historyk, prawnik, politolog, specjalista w zakresie niemcoznawstwa, dziejów Ukrainy i Litwy w latach II wojny światowej, o swojej książce mówi, że jej ukazanie się, to tylko i wyłącznie zasługa niezwykłej odwagi wydawcy. Wprawdzie nie ma już cenzury, ale pozostał strach przed prawdą, a strach okazuje się nie gorszym parasolem ochronnym, niż dawny aparat cenzury. Hańbą dla słowa nauka jest to, że z każdą zmieniającą się ekipą rządzącą zmienia się interpretacja faktów historycznych
Profesor J. Wilczur w gorzkich słowach ocenił traktowanie prac Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce jak piąte koło u wozu. A przecież jest to sprawa wagi państwowej – dotarcie do prawdy, odsłonięcie utajnionych mechanizmów zbrodni na narodzie polskim w czasie II wojny światowej. To jest sprawa narodu, a nie zmieniających się jak w kalejdoskopie polityków, rządów, prezydentów.
W skład zespołu, któremu profesor przewodniczy wchodzą najlepsi znawcy tematu, badacze, specjaliści. Ich zadaniem jest oddzielenie prawdy od fałszu, tak jak w durszlaku. Plonem badań są książki, artykuły, raporty naukowe, bibliografia.
Sam profesor jest autorem wielu książek i opracowań naukowych. Opublikował w kraju i za granicą ponad 500 artykułów dotyczących zbrodni wojennych Niemiec Hitlerowskich i UPA na Ukrainie. Do najważniejszych jego książek należą: „Śmiertelny sojusz Hitler – Mussolini”, „Do nieba nie można od razu”, „Anglosasi nie jesteście Aryjczykami”, „Ścigałem „Iwana Groźnego – Demianiuka”.
Najnowsza książka J. Wilczura, to trzymający w napięciu raport z poszukiwań Bursztynowej Komnaty, tuszowania prawdy, zacierania śladów, usuwania świadków, raport z osobistych przeżyć niezwykłego człowieka, który pragnie pozostawić po sobie plon swych osobistych dociekań.
Prof. Wilczur stwierdził, że kompleks militarny „Riese” pozostanie jeszcze na długo tajemnicą, a to co udało się dotąd odkryć, to tylko surogat gigantycznej, niemieckiej inwestycji. „Olbrzym” stanowił zresztą tylko jeden z elementów rozległego planu budowy kompleksowego zaplecza militarno-wojskowego obejmującego cały Dolny Śląsk. Naukowcy z Głównej Komisji poszukiwali wszelkiego rodzaju śladów materialnych i pisanych, materiałów źródłowych, archiwaliów, by udokumentować zbrodniczą działalność hitlerowców. Niestety, wcześniej zrobili to sowieci, zrabowali i wywieźli wszystko, co stanowiło jakąkolwiek wartość. Robili to przez wiele lat po wojnie. Demontowali szyny, mosty, fabryki, grabili dobra kultury. Czuli się zupełnie bezkarnie. To się działo pod skrzydłami władzy, nazwijmy to umownie – polskiej. Dlatego tak trudno jest odkryć i udokumentować prawdę. Podobnych jak w podziemiach Gór Sowich, zagadkowych, niewyjaśnionych, zdumiewających historii mamy jeszcze krocie. Od wojny minęło już sporo czasu, ale to nie znaczy, że powinniśmy dać sobie spokój i zaniechać dalszych poszukiwań i badań. To bardzo dobrze, że pojawiają się wciąż nowi, młodzi ludzie, którzy próbują iść tym tropem, pasjonują się odkrywaniem tajemnic wojennych w Górach Sowich i na całym Dolnym Śląsku.
2, Miedzianka – Gułag koło Marciszowa ! ! !
Okazuje się, że nasz region jest naszpikowany tajemniczymi miejscami jak rodzynki w cieście. Chłonnym ciekawostek i paradoksów Czytelnikom podsunę teraz głośny ostatnio temat, który zdumiewa i intryguje nie mniej niż Tajemnicze Podziemne Miasto w Głuszycy. Mowa o miasteczku widmo - Miedziance, miejscowości znanej przed wojną jako najmniejsze i najwyżej położone miasteczko Rzeszy, Kupferberg.
Jadąc pociągiem z Jeleniej Góry do Wałbrzycha można dostrzec w pobliżu Marciszowa w gęstwinie leśnej wieżę kościoła z nieczynnym zegarem. To właśnie tu na Miedzianej Górze (420 m. npm.), w obecnej gminie Janowice Wielkie było miasto przed i po wojnie, po którym dzisiaj nie ma śladu. Z cudem ocalałej w dokumentach pokopalnianych starej mapki można się dowiedzieć, że pod Miedzianką jest więcej korytarzy, tuneli i sztolni, niż wydaje się wszystkim poszukiwaczom skarbów i przygód razem wziętych. Skąd się wzięły te podziemne labirynty, co się stało, że na miejscu dawnego miasteczka rosną dzisiaj jedynie bujne trawy, drzewa i krzewy?
W 1945 roku małe, pulsujące życiem poniemieckie miasteczko otrzymało nazwę Miedzianka.. Od 1949 roku było to miast górników. Nocą i dniem pracowali oni pod ziemią, ale nikt im nie mówił co kopią. Plotka głosiła, że wydobywają rudy miedzi, srebra i złota. To było prześliczne miasto, najpiękniejsze na Śląsku. Najstarsi ludzie, ci co pamiętają Kupferberg mówią, że najpiękniejsze na świecie. Niewielki rynek otaczały kamieniczki z podcieniami, na środku tryskała wodą rzeźbiona w kamieniu fontanna. Nocą odbijały się w niej światła gazowych latarni. Były w tym miasteczku dwa kina, dwa kościoły, dom kultury, apteka, sklepy kolonialne, restauracja, dwa bary, jadłodajnia górnicza, kawiarenki, hotele, punkty usługowe, słowem wszystko co potrzebne do życia.. W 1967 roku żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego wysadzili w powietrze zabudowania kościoła ewangelickiego. Świadkowie tego zdarzenia mówią, że widzieli jak kościół poleciał do nieba. Pod koniec lat sześćdziesiątych kontynuowano ewakuację i wyburzanie Miedzianki. Na początku siedemdziesiątych miejscowość opustoszała do reszty, pozostało po niej kilka bezładnie rozrzuconych domów, a w gąszczu krzaków wspomniany już kościół katolicki. Co spowodowało śmierć miasta? Jak to możliwe, że coś takiego mogło się wydarzyć w cywilizowanym państwie, nieopodal turystycznej Mekki Dolnego Śląska, Jeleniej Góry, w atrakcyjnej krajobrazowo okolicy Rudaw Janowickich.
Okazuje się, że przekleństwem miasteczka stało się to, co odkryli zwycięzcy sołdaci w głębi ziemi, w sztolniach nieczynnej poniemieckiej kopalni. A był to uran, rzecz bezcenna dla Radzieckiej Armii. Zaraz po wojnie ruszyła kopalnia uranu. Z różnych stron Polski, głównie ze wschodu, napływali ochotnicy do pracy. Rygor wojskowy nie przeszkadzał, bo radzieccy włodarze zapewniali niezłą płacę i rozrywkę. Nikt nie straszył skutkami bliskiego kontaktu z rudą uranu. One dały o sobie znać po kilku latach. Gdy możliwości eksploatacyjne stały się mniej korzystne, a trudne warunki pracy kończyły się nieuchronnie dla górników rakiem płuc, gruźlicą, pylicą, trzeba było jak najszybciej zakończyć wydobycie. Proces stopniowej likwidacji rozpoczął się już w roku 1953. Należało pozacierać wszelkie ślady. Najlepiej wyeksmitować ludność, zrównać miasto z ziemią.
Kto ostatecznie wydał wyrok na miasto, można się tylko domyślić. Wiadomo że UB i NKWD w czasach stalinowskich to był faktyczny, współpracujący ze sobą aparat władzy w Polsce. Ale miasto umarło dopiero na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Czy chodziło tylko i wyłącznie o ochronę ludzi przed skażeniem popromiennym? A może właśnie ukrycie prawdy o nieludzkiej eksploatacji złóż uranowych przez wschodniego sojusznika, zatarcie faktycznych skutków tej mistyfikacji. Mówił o tym na spotkaniu pod Osówką profesor Wilczur, wskazując na liczne dowody utajnionej ingerencji osób zainteresowanych zacieraniem śladów przestępczej działalności wojskowej. To symptomatyczne jak obydwie historie – podziemi Włodarza i Miedzianej Góry ze sobą się splatają.
„Gułag – Miedzianka”, tak zatytułował swój reportaż Michał Bońko na stronie internetowej „Forum Karpackich”. Cytuję znamienny fragment tego reportażu:
„To było miasto jak ze snu – mówi z zachwytem Irena Kamińska, przewodnicząca Gminnej Rady Narodowej w latach 1966 – 72, wicewojewodzina jeleniogórska w latach 1975-81, mieszkanka Janowic Wielkich. Niejedno miasto widziałam, ale każde z nich było gorsze, brzydsze, mniej rodzinne od Miedzianki. Tu o każdej porze dnia i o każdej porze roku było lepiej niż gdzie indziej.
Miasto jak ze snu było dla wielu osób miastem dzieciństwa. Tu chodziłem do szkoły, do kościoła, do sklepów, do fryzjera i do kawiarni, mówi Aleksander Królikowski, mieszkaniec Miedzianki. Na własne oczy widziałem sztolnie i górników uranowych. Widziałem jak po drabinach schodzili w dół i osrebrzeni powracali na powierzchnię. Potem widziałem jak to miasto wysadzali dynamitem w powietrze. To nie byli Rosjanie, to już byli na sowieckich służbach Polacy.”
Do dziś zachował się duży kościół, do którego zjeżdżają co niedziela ludzie z najbliższej okolicy, kilka domów „z odzysku”, których nie udało się do reszty unicestwić i pokaźna ilość zarośniętych włazów podziemnych. To jest raj dla poszukiwaczy skarbów, odkrywców tajemnic, ale być może także dla zwykłych ciekawskich, pobudzonych coraz to liczniejszymi publikacjami o miasteczku na którym tak sromotnie zaciążyło „uranowe przekleństwo”.
O zdumiewających losach Miedzianki czytamy w przejmującym artykule „Polityki” nr 41 znanego już nam dziennikarza Filipa Springera, który odwiedził naszą Redakcję w połowie października 2007 roku w poszukiwaniu śladów Olgi Tokarczuk (pisaliśmy o tym w numerze styczniowym 2008 roku). Artykuł nosi tytuł – „Nie ma już miasteczka”. Znajdziemy w nim więcej szczegółów, a także wzruszające refleksje byłych mieszkańców niemieckiego Kupferberga i radziecko-polskiej Miedzianki. Zarówno artykuł z „Polityki” jak i inne merytoryczne informacje o pobliskim „mieście – widmie” odszukamy z łatwością w Internecie.
Stanisław Michalik
"Głos Głuszycy"
Dodany 22-03-2010 przez Admin